Od pierwszej klatki do MMA Polska. Tak Mirosław Okniński zaczął budować polskie MMA
Pierwsza klatka od kowala
45 minut bez zwycięzcy
Tak powstało MMA Polska
Klatkę zrobił kowal pod Warszawą. Zawodników trzeba było szukać w judo, zapasach i boksie. Pierwsza walka trwała 45 minut i skończyła się bez zwycięzcy. Opowieść o początkach polskiego MMA, opowiedziana przez człowieka, który je organizował.
Dzisiaj MMA w Polsce nikogo nie dziwi.
Są wielkie gale, zawodnicy UFC, pełne hale, transmisje telewizyjne i setki
klubów. Dzieci, początkujący i zawodowcy trenują na tych samych matach,
a klatka jest normalnym elementem tego sportu.
Na początku nie było niczego takiego.
Była ciekawość. Było brazylijskie jiu-jitsu. Były zapasy, judo, boks
i kickboxing. I byli ludzie, którzy chcieli sprawdzić, co naprawdę działa
w walce.
Jednym z nich był Mirosław Okniński.
Najpierw była skuteczność
Okniński znał Karola Matuszczaka ze środowiska brazylijskiego jiu-jitsu.
Spotykali się na seminariach i obozach. Matuszczak mocno rozwijał w Polsce
sportowe BJJ.
Mirosław patrzył na temat trochę inaczej. Interesowała go przede wszystkim
walka, w której można połączyć różne style. Vale Tudo. To, co później
zaczęliśmy po prostu nazywać MMA.
Karol Matuszczak zwracał uwagę na doświadczenia Brazylijczyków. Sportowe
jiu-jitsu kojarzyło się dobrze. Walki w klatce miały znacznie gorszą opinię.
Mirosław nie zamierzał z klatki rezygnować. Jak mówi:
„Zawsze interesowała mnie skuteczność. Wiedziałem, że chcę rozwijać MMA
i Vale Tudo. Nieważne, jak to wtedy było odbierane.”
I właśnie od tego zaczęła się historia.
Jakubowski kontra Teresiewicz
Grzegorza „Jakubka” Jakubowskiego Okniński znał już ze środowiska sportów
walki. Potrzebny był przeciwnik. Pojawiło się ogłoszenie. Zgłosił się
Temistokles Teresiewicz, według wspomnień Mirosława związany
z policyjnymi oddziałami antyterrorystycznymi.
Zestawienie miało dodatkowy smaczek. Jakubowski przyjechał z Gdyni.
W jego otoczeniu znajdowali się ludzie związani ze środowiskiem kibiców
Arki, z których część również trenowała. Po drugiej stronie stanął policjant.
Nie była to jednak historia wymyślona pod promocję gali. Wtedy nie było
jeszcze takiego marketingu. Mieli po prostu wejść do klatki i sprawdzić,
kto jest lepszy.
Naprzeciw siebie, w klatce
Klatkę zrobiono u kowala
Dzisiaj profesjonalną klatkę można zamówić. Wtedy trzeba było sobie radzić
inaczej.
Okniński wspomina, że pierwszą konstrukcję zrobiono u kowala pod
Warszawą, prawdopodobnie w okolicach Konika. W organizacji pomógł
Jacek Foltyn, który trenował wtedy u Mirosława.
Pomysł był prosty. Robimy walki. Potrzebujemy klatki. Trzeba ją zbudować.
Foltyn miał pomóc z początkową zaliczką. Później, jak wspomina Okniński,
resztę pieniędzy trzeba było zebrać samemu. Nie było łatwo. W końcu klatka
powstała.
Grube stalowe rury. Twarda metalowa siatka. Bez dzisiejszego miękkiego
wykończenia.
„Było ostro. Zawodnicy mogli się o tę siatkę pokaleczyć. Dopiero później
wymieniłem ją na miękką.”
Najciekawsze jest to, że według Mirosława ta konstrukcja prawdopodobnie
istnieje do dziś. Ma znajdować się w Grudziądzu, w klubie związanym z jedną
z dawnych filii Teamu Okniński. Jeżeli uda się ją odnaleźć i potwierdzić jej
pochodzenie, będzie to jeden z najciekawszych materialnych śladów początku
polskiego MMA.
Klatka ustawiona pośrodku hali
Body Show
Pierwsza walka została pokazana podczas targów Body Show w Warszawie.
Kontakt z organizatorem Mirosław nawiązał dzięki środowisku magazynu
„Kulturystyka i Fitness. Sport dla Wszystkich”. Organizatorzy zaproponowali,
żeby podczas targów zrobić pokaz nowej dyscypliny.
I zrobili. Bez wielkiej kampanii. Bez milionowych budżetów. Bez telewizji.
Na targi przychodzili ludzie zainteresowani kulturystyką i sportem. Widzieli
klatkę, zatrzymywali się i patrzyli, co się dzieje. Mirosław szacuje, że
walkę oglądało około stu osób. Byli zawodnicy jego klubu. Byli ludzie
przyjezdni z Jakubowskim. Byli zwykli odwiedzający targi.
Nie było poczucia wielkiego historycznego wydarzenia. To przyszło dopiero
później.
Prawie wszystko dozwolone
Pierwsze zasady były proste. Bardzo proste.
Nie było limitu czasu. Nie było klasycznych rund. Ktoś miał wygrać.
Zabronione były przede wszystkim ataki na oczy, jądra i kręgosłup. W pewnym
momencie walki pojawiły się również uderzenia głową. Okniński przerwał tę
część i zdecydował, że to już za dużo.
Reszta pozostawała bardzo otwarta. Nie chodziło o wymyślanie stu przepisów.
Chodziło o sprawdzenie, który zawodnik będzie skuteczniejszy.
Walka w parterze
45 minut i tysiąc złotych
Nagroda wynosiła tysiąc złotych. Warunek był jeden. Trzeba wygrać.
Problem polegał na tym, że po bardzo długiej walce żaden z zawodników nie
chciał się poddać. Obaj byli już skrajnie zmęczeni. Okniński wspomina:
„Pytam jednego: poddajesz się? Nie. Pytam drugiego: poddajesz się? Nie.
A widać, że już nie mają siły walczyć.”
W końcu sam podjął decyzję. Remis.
Tysiąc złotych zostało podzielone po połowie. Po pięćset złotych. Jakubowski
nie był zachwycony. Według Mirosława miał powiedzieć, że przecież zwycięzca
miał dostać cały tysiąc.
Tyle że zwycięzcy nie było.
Jedna walka to za mało
Po pierwszej walce Mirosław nie miał wątpliwości. To nie mogło skończyć się
na jednym pojedynku.
„Walka wyszła dobrze. Powiedziałem sobie: trzeba jechać dalej. Robimy
sport. Budujemy sport od początku. Sportu nie można zbudować na jednej
walce, więc trzeba zrobić turniej.”
Tak narodził się pomysł MMA Polska. Nazwa nie była wynikiem miesięcy
pracy agencji marketingowej.
„MMA, bo robiliśmy MMA. Polska, bo to była Polska. Proste.”
I właśnie takie były początki.
Legia i Gwardia
Pierwsze turnieje organizowano w miejscach związanych z warszawskim sportem.
Okniński trenował wtedy między innymi na terenach Legii w rejonie Fortów
Bema oraz na Gwardii przy Racławickiej. W tych miejscach odbywały się
również pierwsze imprezy MMA.
Organizacja opierała się przede wszystkim na ludziach z sekcji. Nie było
profesjonalnej firmy eventowej. Nie było wielkiego stałego zespołu.
„Jeden mógł, to pomagał. Drugi wyjechał, przychodził ktoś inny. Opierałem
się na ludziach z mojej sekcji.”
Sam Mirosław odpowiadał za całość.
Stolik z listami startowymi
Zawodników trzeba było znaleźć
Dzisiaj organizator gali ma setki aktywnych zawodników MMA. Wtedy takich
zawodników praktycznie nie było. Trzeba było ich szukać w innych sportach.
BJJ. Judo. Zapasy. Kickboxing. Boks.
Ogłoszenia pojawiały się między innymi w „Kulturystyce i Fitness. Sport dla
Wszystkich”, gdzie publikowano również relacje z pierwszych walk. Ludzie
czytali gazetę. Dowiadywali się, że gdzieś w Warszawie odbywają się walki,
których wcześniej praktycznie nie było. I przyjeżdżali spróbować.
Chmielewski i Trędowski
Spośród pierwszych zawodników szczególne wrażenie na Oknińskim zrobili
Antoni Chmielewski i Grzegorz Trędowski. Obaj wywodzili się z judo.
Obaj trafili do środowiska MMA.
Ich dalsze losy dobrze pokazują również realia tamtych lat. Mirosław
wspomina, że jeden z nich związał swoją drogę zawodową z policją, a drugi
trafił do środowiska przestępczego.
To dla Oknińskiego ważny fragment historii nie tylko MMA, ale również
polskiego sportu przełomu lat 90. i 2000. Po zmianach ustrojowych wielu
zawodników, którzy wcześniej funkcjonowali w klubach resortowych i mogli
liczyć na stabilne zatrudnienie, zostało praktycznie bez zaplecza. Niektórzy
znaleźli miejsce w policji. Inni trafiali w dużo gorsze środowiska.
„To były złe czasy dla sportowców. Wielu bardzo dobrych zawodników zostało
zostawionych samym sobie.”
O Antonim Chmielewskim Okniński mówi krótko:
„Wyśmienity sportowiec.”
W klatce po walce
Maciej Kawulski jako zawodnik
Dziś Maciej Kawulski kojarzony jest przede wszystkim jako jeden
z twórców KSW. Wcześniej sam trenował i startował.
Według wspomnień Mirosława pojawił się w jego sekcji kilka miesięcy po jej
uruchomieniu, mniej więcej w podobnym okresie co Łukasz „Juras”
Jurkowski. Kawulski miał doświadczenie w karate. Trenował również
jiu-jitsu. Okniński zapamiętał go jako zawodnika z niezłym parterem,
zapasami i kopnięciami. Największą słabością miał być boks.
„Jakby nie poszedł w organizację gal, to mógłby być naprawdę niezłym
zawodnikiem.”
Kawulski startował również w turniejach organizowanych przez Oknińskiego.
Mirosław pamięta między innymi jego zwycięstwo nad Łukaszem Lesiem. Do
historii tej walki jeszcze wrócimy osobno.
Budowanie zespołu trenerów
Mirosław nie próbował udawać, że sam zna wszystko. Kiedy rozwijał Vale Tudo
MMA Warszawa, ściągał ludzi z różnych dyscyplin. Kickboxing. Zapasy.
Jiu-jitsu. Judo.
Budował grupę trenerów, którzy razem mieli stworzyć zawodnika kompletnego.
Wspomina między innymi trenerów Złotkowskiego, Kosteckiego i Stanisławskiego.
Później rozpoczął również współpracę z Pawłem Nastulą podczas
przygotowań mistrza olimpijskiego do startów w MMA.
To podejście stało się później charakterystyczne dla Teamu Okniński. Nie
chodziło o udowodnienie, że jeden styl jest najlepszy. Trzeba było wyciągnąć
z każdego sportu to, co działa.
Pierwsze turnieje nie były wielkim biznesem
Na pierwszych imprezach pojawiało się około 300 widzów. Była kasa biletowa.
Przy kasie pomagała żona Mirosława. Bilet kosztował, według jego pamięci,
około 50 złotych.
Wpływy wystarczały przede wszystkim na opłacenie hali, podstawowej
organizacji i niewielkich wynagrodzeń dla zawodników. Na początku niektórzy
startowali praktycznie za samą możliwość walki. Później pojawiały się stawki
w rodzaju 500 złotych.
Nie były to pieniądze, dla których można było zostać zawodowym fighterem.
Chodziło przede wszystkim o budowanie sportu i zdobywanie doświadczenia.
Publiczność tuż za siatką
Bezpieczeństwo od początku
Walki były ostre. Przepisy znacznie bardziej otwarte niż dzisiaj. Ale
Okniński podkreśla jedną rzecz. Zabezpieczenia medycznego nie lekceważył.
Na imprezach był lekarz. Była karetka.
„Bałem się, że jak coś się stanie, to nie wyjdę z więzienia. Dlatego
zabezpieczałem się bardzo dobrze.”
Na szczęście podczas pierwszych turniejów MMA nie wydarzyło się nic, co
zmusiłoby organizatora do gwałtownej zmiany formuły. Z czasem zasady były
jednak porządkowane.
Zaczynają się prawdziwe przepisy MMA
Po doświadczeniu pierwszej, 45-minutowej walki było jasne, że turniej musi
funkcjonować inaczej.
Pojawiły się limity czasu. Według wspomnień Mirosława walki odbywały się
w formule dwóch rund po pięć minut, z możliwością dogrywki. Wprowadzono
również kategorie wagowe. Początkowo były prawdopodobnie wzorowane częściowo
na podziałach znanych z boksu. Zabronione pozostawały najbardziej
niebezpieczne techniki, między innymi ataki na oczy i inne szczególnie
wrażliwe miejsca.
MMA zaczynało przestawać być pojedynczym eksperymentem. Powstawał sport.
Sędzia? Okniński
Pierwsze walki w klatce sędziował sam Mirosław. Sędziów bocznych dobierał
głównie spośród ludzi ze swojego środowiska i uczniów, którzy znali zasady
oraz rozumieli walkę.
Nie istniała jeszcze rozwinięta struktura sędziowska polskiego MMA. Trzeba
ją było dopiero stworzyć. Tak samo jak wszystko inne.
Instrukcje przed walką
Od zera
Pierwsza klatka nie przyszła od sponsora. Zrobił ją kowal.
Pierwsi zawodnicy nie przyszli z klubów MMA, bo klubów MMA prawie nie było.
Przychodzili z judo, zapasów, BJJ, boksu i kickboxingu.
Pierwsze gale nie miały ogromnych budżetów. Zawodnicy czasami walczyli
praktycznie za możliwość startu.
Nie było gotowego systemu. Trzeba było stworzyć zasady, znaleźć zawodników,
zorganizować halę, zabezpieczenie medyczne, sędziów i publiczność.
I właśnie dlatego historia polskiego MMA nie zaczyna się od wielkich hal.
Zaczyna się od ludzi, którzy postanowili zrobić coś, czego wcześniej tutaj
praktycznie nie było.
Jak mówi Mirosław Okniński:
„Po pierwszej walce wiedziałem, że trzeba iść dalej. Jedną walką sportu
nie zbudujesz.”
I poszli dalej.
Czytaj dalej
Osobno opisaliśmy samą pierwszą walkę w klatce: kto w niej wystąpił, jak
wyglądały zasady i dlaczego skończyła się bez zwycięzcy. Jest tam również
archiwalne nagranie.
Zacznij w grupie początkującej Akademii Sportów Walki Wilanów. Nie musisz mieć doświadczenia, żeby wejść na matę. Potrzebna jest regularność i gotowość do nauki.